Twórczość członków i sympatyków SAP

SAP 19.01.2015

SAP 17.12.2014

SAP 11.06.2014

SAP 14.05.2014

SAP 9.04.2014

SAP 2014.03.29


Dnia 21 września w Będzinie przy ulicy Małachowskiego 42 w Domu Kultury odbędzie się powakacyjne spotkanie Stowarzyszenia Autorów Polskich oddział Będzin o godzinie 16-30, na które serdecznie zaprasza zarząd SAP.- alazar

Dnia 19 stycznia 2015 r. na wezwanie Rady Głównej SAP w Warszawie z dn. 7 I br. zwołane zostało Nadzwyczajne Walne Zebranie Członków Oddziału. W swym piśmie Prezes SAP E. Orłow wezwał do anulowania Uchwały Oddziału z dn. 11 czerwca 2014 r. w sprawie zmiany nazwy.

Na Przewodniczącego Zebrania wybrano Jacka Malikowskiego, natomiast na Sekretarza Zebrania Aleksandrę Bekus.  Bolesław Ciepiela po nieuzyskaniu akceptacji dla prowadzenia przez niego Zebrania opuścił je.

Następnie 18 pozostałych na miejscu członków – przy quorum wynoszącym dla jego prawomocności 16 członków – unieważniło przytoczoną Uchwałę. Tym samym Oddział nadal używać będzie w swej nazwie określenia „Będziński”.

tekst: Jacek Malikowski

foto:  Antoni Sławatecki

Spotkanie opłatkowe Zagłębiowskiego Oddziału SAP

Zagłębiowski Oddział Stowarzyszenia Autorów Polskich z siedzibą w Będzinie zorganizował dla swoich członków spotkanie opłatkowe.  Spotkanie odbyło się 17 grudnia 2014 r. o godz. 16.30 w kawiarence obok Ośrodka Kultury, przy ul. Małachowskiego 43. Na spotkanie przybyli również  sympatycy oraz byli członkowie Stowarzyszenia, którzy z różnych powodów nie mogą brać udziału w bieżących działaniach SAP-u.

Spotkanie otworzył Prezes Jacek Malikowski, który krótko przypomniał co działo się podczas mijającego roku i wszystkim złożył serdeczne życzenia na Nowy 2015 Rok.

Głos zabrał również Prezes Honorowy Stowarzyszenia, znany regionalista Bolesław Ciepiela. Krótko podsumował 12-letni okres działalności, podkreślając wielki wkład Klubu Kronikarzy Zagłębia Dąbrowskiego im. Jana Przemszy-Zielińskiego w powstanie Oddziału Będzińskiego Stowarzyszenia Autorów Polskich.

Klub Kronikarzy ZD rozpoczął swą działalność od wydrukowania w grudniu 1999 r. dwóch tekstów, nawiązujących do historii Zagłębia Dąbrowskiego, na łamach tygodnika „Wiadomości Zagłębia”.

Klubowi Kronikarzy ZD – afiliowanemu przy Oddziale od 2013 r. – prezesuje Jan Kmiotek, który uczestnikom życzył wszystkiego dobrego w Nowym Roku, przede wszystkim weny twórczej i aktywności pisarskiej twórcom zrzeszonym w Oddziale Zagłębiowskim SAP-u.

Obszerny tekst o Klubie Kronikarzy Zagłębia Dąbrowskiego autorstwa wiceprezesa Klubu Kronikarzy Bolesława Ciepieli znajduje się w przygotowanej do druku Antologii Oddziału Zagłębiowskiego SAP, która dzięki wsparciu finansowemu Urzędu Miejskiego w Dąbrowie Górniczej ukaże się w najbliższym czasie. Warto dodać, iż Oddział pod koniec roku 2014 zmienił nazwę z dotychczasowej               „Będziński” na „Zagłębiowski”, nadal z siedzibą w Będzinie.

Prezes Klubu Jan Kmiotek wspomniał o bardzo przychylnym klimacie dla Klubu Kronikarzy u przejawianym przez władze miejskie Dąbrowy Górniczej, które sfinansowały wydanie publikacji „Zagłębiowskie Szkice Monograficzne. Zeszyt nr 3″, zawierającej materiały z XV Sympozjum Zagłębiowskiego – przeprowadzonego właśnie w Dąbrowie Górniczej – pod tytułem „Zagłębiowskie drogi do niepodległości”.

Wspólne łamanie się opłatkiem i wzajemna wymiana życzeń trwała dłuższą chwilę.

Spotkanie przebiegło w bardzo serdecznej, przyjaznej atmosferze. Po odśpiewaniu kolęd, rozstano się w przedświątecznym nastroju.

Tekst i zdjęcia: Antoni Sławatecki

Zdjęcie grupowe: Foto „WERONIKA” Andrzej Grzybek

Romuald Wójcik i Bożena Związek w Sosnowcu

Zebranie SAP 12.03.2014r

Spotkanie SAP 12.02.14

SAP I. Imiołek 10.01.2014

Informacja o artykułach w „Nowe Zagłębie” dotyczących SAP-u Będzin

Dwumiesięcznik „Nowe Zagłębie” nr 5 z miesiąca wrzesień – październik 2013 ma swoich łamach zamieścił bardzo ciekawy artykuł dr Jacka Malikowskiego – prezesa Stowarzyszenia Autorów Polskich oddział Będziński o początkach powszechnego szkolnictwa w Zagłębiu Dąbrowskim w latach poprzedzających odzyskanie niepodległości przez nasze Państwo.

Początki powszechnego szkolnictwa przypadają na koniec IXX i początek XX wieku.

Autor skrótowo nakreśla nam historię rodzącego się szkolnictwa powszechnego oraz podaje nam wykaz literatury i aktów przy pomocy których możemy rozszerzyć i uzupełnić naszą wiedzę w tym zakresie.

Artykuł polecany nauczycielom i pasjonatom naszej zagłębiowskiej historii.

Na dalszych stronach „Nowego Zagłębia” znajdujemy informację o nowych pozycjach książkowych Stowarzyszenia Autorów Polskich oddział Będziński a mianowicie o książce „Wybór fragmentów twórczości członków Stowarzyszenia Autorów Polskich oddział Będziński”. Pozycja ta zwana Antologią ukazała się pod redakcją Bolesława Ciepieli i Ireny Imiołek.

Na tej samej stronie „Nowego Zagłębia” znajduje się prezentacja książki „Preczów dawniej i dziś”. Prezentacji dokonała Pani prof. dr hab. Anna Glimos-Nadgórska.

Jest to już szósta monografia miejscowości gminy Psary, opracowana i zredagowana przez Pana Bolesława Ciepielę.

Monografia została wydana przez Stowarzyszenie Autorów Polskich oddział Będziński wraz ze Społecznym Komitetem Wydania Monografii Wsi Preczów.

Polecamy ją wszystkim miłośnikom regionalnej historii.

Tekst: AS

Spotkanie Autorów Polskich 21.10.2013

Dnia 21 października 2013 w Domu Kultury w Będzinie odbyło się kolejne, comiesięczne spotkanie członków Stowarzyszenia Autorów Polskich oddział Będziński.

Spotkanie to miało bardzo uroczysty charakter, bowiem w spotkaniu uczestniczyły osoby, którym w miesiącu wrześniu, podczas Zjazdu Delegatów Stowarzyszenia Autorów Polskich, który odbył się w dniu 22 września w Warszawie, zostały wręczone Odznaki „Zasłużony dla Kultury Polskiej”.

Odznaczenia te otrzymały nasze koleżanki: Aleksandra Bekus; Jrena Imiołek; Janina Barbara Sokołowska.

Ponadto w spotkaniu uczestniczył nasz Honorowy Prezes p. Bolesław Ciepiela.

Pan Bolesław, znany regionalista, autor 47 książek o naszym zagłębiowskim regionie, autor wieluset artykułów w prasie, odznaczony wielokrotnie przez władze świeckie i duchowne naszego regionu, został uhonorowany przez Prezydenta Rzeczpospolitej Polski Bronisława Komorowskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Krzyż ten, w dniu 16 października, został p. Bolesławowi Ciepieli wręczony w sali Marmurowej Urzędu Wojewódzkiego przez Wojewodę Śląskiego.

Odznaczonym zostały wręczone okolicznościowe kwiaty, podziękowania i życzenia przez dra Jacka Malikowskiego obecnego Prezesa SAP oddz. Będziński.

W trakcie spotkania omówiono sprawy bieżące oraz przedstawiono propozycje działań w najbliższej przyszłości, przypomniano również o zbliżającej się setnej rocznicy wybuchu I Wojny Światowej.


Foto i tekst: Antoni Sławatecki


Promocja nowej książki Gabrieli Bartnickiej- „Przykurzony Anioł”.

Dziękuję serdecznie znajomym, przyjaciołom i rodzinie za to, że pomimo fatalnej aury zaznaczyli swoją obecność na promocji mojego nowego tomiku

Ponadto pragnę wyrazić wdzięczność dyrekcji i pracownikom Muzeum Sztygarka,  szczególnie Pani Danucie Micur, która w perfekcyjny sposób przygotowała całość imprezy.

Dziękuję:

przedstawicielom SAP-u:   Panu Prezydentowi Jerzemu Talkowskiemu, Paniom: Krystynie Kozdroń, Zdzisławie Kubali, Irenie Imiołek, Władysławie Ziębie,

Przewodniczącemu Zagłębiowskiego Koła Genealogicznego Andrzejowi Lazarowi, genealogom Ani Poznar, Bożenie Westphal , Damie orderu św. Stanisława w Komandorii Zagłębiowskiej – Jadwidze Braciszewskiej oraz

przybyłemu z dalekiej Werony, kompozytorowi i multiinstrumentaliście, Lucjanowi Wesołowskiemu za uświetnienie uroczystości niezwykłą muzyką.

Za recytację moich wierszy przyjaciołom: Zdzisławie, Joasi, Tereni, Ewie, Lucjanowi oraz uczniom z Gimnazjum nr.9 i ich nauczycielce, Pani Urszuli Pach, która poświęciła swój czas na to, aby moje słowa zabrzmiały prawdziwie – bardzo dziękuję.

Dziękuję za kwiaty, upominki i wszystkie ciepłe słowa pod adresem mojej poezji.

I jeszcze „nadwornemu fotografowi” SAP- u, Antoniemu Sławeckiemu za uwiecznienie owego zdarzenia – kłaniam się pięknie.

G.B.

Dzisiaj w czwartek sala audiowizualna w bibliotece miejskiej w Sosnowcu pękała „w szwach”. O godzinie 16-tej odbyły się obchody  80-lecia urodzin Profesora Włodzimierza Wójcika.

Na tę uroczystość przybyli Rektorzy, dziekani , profesorowie i doktoranci z wyższych uczelni na teranie Zagłębia i województwa Śląskiego. Przybyli także przyjaciele, rodzina, rodziny innych pisarzy z Polski. Były władze miasta, które wczesnej nadały odznakę zasłużony dla miasta Sosnowiec.Kwiaty złożyli przedstawiciele Forum dla Zagłębia Dąbrowskiego, Henryk Bebak – Komandor Komandorii Zagłębiowskiej Dam i Kawalerów orderu Świętego Stanisława w Polsce. Bolesław Ciepiela Prezes Stowarzyszenia Autorów Polskich oddział w Będzinie, Zbigniew Leraczyk- Dyrektor Teatru Zagłębia w Sosnowcu.Drzewo Angelologiczne wykonał Prezes Zagłębiowskiego Koła Genealogicznego w Humanitas Andrzej Lazar, który dołączył specjalnie na ta okoliczność wiersz swego autorstwa ” Wina Włodka”. Całość prowadził wychowanek Pana Profesora Wójcika Profesor Marian Kisiel. Odbył sie koncert gitarowy i poczęstunek na korytarzu.

0605ZFMZ1004-1btp

0605ZFMZ1006-1btp

Weszła krowa w szkodę do ogrodka -  wina Włodka.

Już nikogo w ławie TZN nie spotka – wina Włodka.

Wyjechał po nauki do Krakowa i kogo tam spotka – wina Włodka.

Organizuje na USIU filologie po opłotkach – wina Włodka.

Tworzy Zakład Literatury Współczesnej nie patrząc na Miodka – wina Włodka.

Niedopita seta Polish Vodka – wina Włodka.

Płacze w kącie Andrzejek z braku pieniężnego środka – wina Włodka.

Na działce w Łagiszy szuka murarz kielni i młotka – wina Włodka.

Książka 4 pory roku rozsierdziły mnie od środka – wina Włodka.

Wczesną wiosną w jego ogródku zmarzła stokrotka – wina Włodka.

Nawalił samochód Lanos, została piechotka – wina Włodka.

Nowe Zaglebie

O miłości

muszę wyruszyć w drogę

do Asyżu

zarazić miłością Klary do Franciszka

pójdę pieszo

z  zawiniętą dumą papierową

wapnem pociągniętą  pędzlem po kamieniu

Julia i Romeo – cóż oni zrobili?

pokazali kierunek

utonęli jednak pod lodem

drżąc z zimnej miłości

usprawiedliwieni, byli niedorośli

umierały za nimi zgorzkniałe jagody

został po nich zły przykład

Kochać

to znaczy trwać

w innym rynsztunku

w skalnym odzieniu

i w innym wymiarze

rozrzucać przed sobą powietrze rękami

by ciała się zlały w pąsową kałużę

widzieć co się za tym chowa

przebaczać  i o nic nie pytać

Kochać

to znaczy mieć zaciśnięte wargi

i pięści potrzebne jak  rózgi

zapragnąć liniejącej skóry

zapachu  sierści

i miejsca w przypływie

Godło „Kaprys”

„Na tym koniec.”

Byt ma swoje prawa. Wiek też. Bolesław Ciepiela nie napisze już ósmej książki o górnictwie.

Cebula   i  niebieskie  oczy

Przyjechałam do domu rodzinnego na dwa tygodnie ferii zimowych, aby spędzić ten czas z rodziną. Rodzice byli już wiekowi  i schorowani, chciałam więc poświęcić im ten czas,

a także sobie,  ciesząc się jeszcze  świadomością, że  dopóki ich mam, jestem dzieckiem. Oczekiwałam, że  zastanę wszystko tak, jak ostatnio pozostawiłam, czyli wszystkie sytuacje dawne i niezaskakujące mnie.

A jednak nie ma w życiu jednakowych sytuacji , miesięcy, dni, a nawet chwil. Dlatego skłania mnie to do opisania różnych wydarzeń, które wywarły na mnie  głębokie wrażenie. Zdarzenia, które do chwili obecnej wydają mi się dziwne, niewytłumaczalne i nawet wkraczające w sferę metafizyki.

Był  mroźny styczniowy ranek. Kilka już dni pobytu w domu oswoiło mnie  z nową sytuacją: że mama nie wychodzi ze swojego pokoju,  ciężko jej podnieść się z łóżka,  ma zaburzenia  w normalnym  rozumowaniu,  funkcje życiowe z dnia na dzień stają się dla niej coraz trudniejsze.

W ten ranek jak zwykle weszłam do jej pokoju. Zastałam ją siedzącą w wózku inwalidzkim przy oknie. Patrzyła  przez okno w zimowy pejzaż ogrodu. Oczy  jej były dalekie  od wyrażania  jakichkolwiek uczuć, nie chcę powiedzieć, że tępe. Przywołała mnie do okna  mówiąc

- Popatrz, tam w ogrodzie, w krzakach,  coś się szamocze.

A jednak te oczy mimo, że były zamglone, widziały, one nie były tępe – pomyślałam. Rzeczywiście na łodygach ściętego czarnego bzu   leżał  prawie biały pies  Husky z łańcuchem na szyi, zaplątany w wystający spod śniegu  krzew.

- To pies, mamusiu – powiedziałam – pewnie wpadł do ogrodu jakąś dziurą w płocie. Trzeba  będzie go uwolnić, bo się zaplątał i nie może  wyjść.

- On na mnie patrzy już od rana, jak tylko ojciec posadził mnie tutaj,  przy oknie. Ten pies ma   takie niebieskie oczy.

- Bo to jest taka rasa, nazywa się Husky.

- Te oczy są mi znajome, ale nie wiem skąd i jeszcze to, że on ciągle patrzy w stronę mojego   okna.

- To są mądre psy, pewnie oczekuje ratunku od nas –powiedziałam.

Ojciec w  tym czasie krzątał się już w kuchni,  był sprawniejszy jak mama,  paląc w  węglowym piecu i  przygotowując  śniadanie.

-  Daj mu coś ciepłego do jedzenia, pewnie zmarzł   leżąc tam całą noc, biedaczek.  Na pewno został niedzielny  rosół i jakaś kostka`, nadrób mu chleba do rosołu – z troską w głosie powiedziała mama.

- Dobrze mamo – i wyszłam do kuchni, aby rozmówić się z ojcem.

- Ale ty  idź go uwolnij, nie ojciec, bo jego będzie się bał – krzyczała z sypialni.

- Dobrze mamusiu – uspakajałam  ją, zastanawiając się jak to zrobić.

Zdawałam sobie sprawę, że pies może byś chory na wściekliznę z mrozu i z szoku jaki przeżył.

-Koniecznie do miski daj mu obraną cebulę, nie zapomnij – dochodził mnie głos matki.

Ale dlaczego cebulę? przecież pies nie je cebuli- myślałam szybko. Mimo to spełniałam polecenie matki, myśląc,  że to jest to –   zaburzenie umysłu, które przychodziło momentami. Przygotowałam miskę z jedzeniem dla psa. Wprawdzie ojciec chciał mnie wyręczyć, ale nie zgodziłam się i choć miałam duszę na ramieniu, wyszłam z domu. Podeszłam do psa na bezpieczną odległość. Pies drżał cały, a oczy jego były rzeczywiście błękitne i bardzo wystraszone. Podsunęłam miskę z jedzeniem tak, aby mógł swobodnie do niej dojść. Pies jednak nie ruszył się z miejsca, patrząc na mnie przerażonymi  oczyma, jeszcze bardziej kulił   się pomiędzy krzewem a ogrodzeniem. Zostawiłam więc miskę i wróciłam do domu, aby obserwować z okna jak będzie się zachowywał, gdy zostanie sam.

Husky  rozejrzał się wokół i powoli  zbliżył się do miski. Byłam zadowolona. Zaczął jeść.

Co jakiś czas podnosił  łeb  patrząc w okno pokoju matki. Miałam nadzieję, że gdy się nasyci, będę mogła bez obawy  podejść do niego i odplątać  jego łańcuch z wystających spod śniegu łodyg dzikiego bzu.

- Widzisz jaki był głodny- powiedziała matka – teraz nabierze do ciebie zaufania  i będziesz mogła podejść do niego – skomentowała –  skąd ja znam te oczy? – ciągnęła dalej- skąd ja je znam, one mi coś przypominają, ale co?

Czekałyśmy obie na moment, gdy pies  opróżni miskę, kiedy będę mogła wyjść i uwolnić go.

- Jak zje, to najpierw otwórz bramkę, a potem odplącz go, aby mógł swobodnie wyjść na wolność – instruowała mnie matka.

A ja myślałam  -  ona rozumuje całkiem logicznie.

Sytuacja z psem jakby wyzwoliła w niej instynkt  opiekowania się kimś czy czymś, instynkt  macierzyństwa.  Ciągle czuła się matką, nie myśląc o swojej starości, niedołężności.

Wreszcie miska była pusta, a pies spojrzał w okno . Oczy były łagodne, jakby dziękowały nam za strawę. Szarpnął  kilka razy łańcuchem, ale nie był w stanie oswobodzić się,  więc znów ułożył się na śniegu, pyskiem  skierowanym w stronę okna. Teraz dokładnie  mogłyśmy obserwować  jego zachowanie, no i te oczy, piękne błękitne ślepia w kształcie migdałów.

-  Idź, a ja popatrzę jak będziesz go uwalniać- powiedziała matka -  kto trzyma takie piękne   zwierzę na łańcuchu?  Skąd znam te oczy – mruczała pod nosem.

Wyszłam z domu. Wykonywałam jej polecenia nie tylko dlatego, by sprawić jej przyjemność, ale głównie dlatego, że według mnie  były sensowne i  zgadzały się też z moim tokiem myślenia.

Podeszłam do psa. Patrzył na mnie jednak wystraszony. Mimo, że obawiałam się jego reakcji, postanowiłam podejść i odplątać łańcuch.  Zbliżałam się do więźnia. Ja  obawiałam się jego , a on   bał się mnie. Wciskał się w zaspę śnieżną. Podeszłam już bardzo blisko i zdejmowałam łańcuch z wystających konarów  krzewu.  Pies leżał  nieruchomo  i  hipnotyzował  mnie  swoimi ślepiami. Czułam na sobie też wzrok matki patrzącej przez okno. Nie chciałam okazać  strachu. Po chwili więzień był wolny.  Spojrzał jeszcze raz na mnie, potem w okno i długimi susami  znikł w  głębi ogrodu. Bramka była  uchylona, miałam więc nadzieję, że  odnajdzie do niej drogę i wróci do swojego domu.

Wróciłam do sypialni mamy. W międzyczasie ojciec  pomógł jej przenieść się do łóżka. Teraz gdy weszłam, leżała spokojna, z zamkniętymi oczami. Odpoczywała. Może nawet zasnęła. Wycofywałam się do drzwi cichutko, a ona nie otwierając oczu powiedziała.

- Jestem zmęczona, prześpię się, ale przyjdź znowu do mnie, przypomniałam sobie te oczy,    te niebieskie oczy. Zasnęła.

W tym dniu nie wróciłyśmy już do rozmowy o psie, mimo że spała kilka godzin i wydawało się, że wypoczęła i nabrała sił. Na drugi dzień, rankiem znowu przyszłam do niej. Leżała w łóżku. Była pogodna, uśmiechnięta.

- Już wiem , wiem gdzie widziałam te oczy – powiedziała wyraźnie zadowolona z odzyskania pamięci – pomóż mi, usiądę sobie i usiłowała spuścić nogi z łóżka.

Oparła głowę na moim ramieniu i przygotowywała się do opowiadania, zbierając swoje   „schorowane” myśli.

Milczałam, gładząc jej różowe  policzko.

- To było bardzo dawno, wojna miała się ku końcowi. Mieszkaliśmy, no wiesz,

w Strzemieszycach Małych, w naszym domu. Niemcy , którzy mieszkali w nim w czasie wojny już uciekli, a my mogliśmy się z powrotem do niego sprowadzić. Front był tuż – tuż. Byliśmy wszyscy bardzo  zmęczeni już  tą wojną i zobojętnieni na  własne bezpieczeństwo. Waszego ojca już nie było w domu, objęła go mobilizacja  uzupełniająca  nadwyrężone siły  Wojska Polskiego. Byłam więc sama w domu z wami .Siedzieliśmy w piwnicy,  w środkowej części  budynku, pomiędzy pierzynami, poduszkami, walizkami.

Prócz nas było też kilku starszych ludzi z sąsiedztwa, których domostwa były  uszkodzone przez działania artylerii ustawionej na  wyższym terenie  w okolicach  Łośnia.  Nagle usłyszeliśmy łomot do drzwi wejściowych. Była mroźna, styczniowa noc.  Cóż mogłam zrobić w takiej sytuacji? Zdawałam sobie sprawę, że jeżeli nie otworzę to wyłamią drzwi. Powiedziałam tylko krótko do dorosłych siedzących w piwnicy [ dzieci spały].

- Wyjdę, zobaczę, może mnie nie skrzywdzą, a wy cicho, ani mru – mru.  Otworzyłam drzwi, trzymając w ręku zapaloną  lampę naftową. Przed drzwiami stał żołnierz  w niemieckim mundurze. W głowie mi się zakręciło, ponieważ był to żołnierz wrogiego nam okupanta.  Gdy jednak lepiej oświetliłam  jego głowę , moim oczom ukazała się twarz dziecka , może czternastoletniego chłopca. Patrzyły na mnie jasne niebieskie, piękne  oczy pełne łez, a spod czapki  wymykały się  kosmyki bujnych blond  loków umazanych gliną. A może to była krew?  Czekałam.

- Zwiebel, bitte  – usłyszałam, otworzył usta, pokazując mi ruszające się zęby – meine   Zahne – przez prawie pięć lat okupacji musieliśmy coś niecoś rozumieć  języka okupanta.

-  Moment – powiedziałam szybko,  zadowolona, że nic  mi nie grozi ze strony tego dziecka, że mogę mu pomóc w jego biedzie. Wycofałam się do mieszkania   i w ścierkę  kuchenną, którą  znalazłam pod  ręką, zawinęłam kilka cebul, chleb,  krążek kiełbasy i dwa  jabłka.
Związałam ścierkę tak, aby tobołek się nie rozwalił i  czym prędzej wyniosłam do drzwi. Chłopak złapał zawiniątko i znikł w ciemności. Tyle go widziałam, ale te oczy długo jeszcze za mną chodziły. Usiadłam w kuchni na podłodze  i rozbeczałam się jak dziecko. Potem wróciłam do piwnicy i nie byłam w stanie opowiedzieć  tego zdarzenia moim współtowarzyszom. Pamiętam  następne dwa dni.   Było strasznie. Starły się dwie armie: niemiecka i radziecka wzmocniona Wojskiem Polskim.  Po ostrych walkach i ogniu, Niemcy wycofali się. To oznaczało dla nas  -   koniec wojny. Drabiniaste wozy zaprzęgnięte w konie wzięte od  miejscowych, zwoziły  zabitych. Stałam przy oknie i patrzyłam na trupy ułożone jak snopki na furmankach. Nagle zobaczyłam głowę spływającą pomiędzy szczeblami  wozu, blond bujne włosy  okalające głowę chłopca. To był on, dziecko, co przyszło do mnie w pamiętną  noc, prosząc o cebulę. Zamilkła, spuściła głowę, a oczy jej błyszczały. Była wzburzona.

Chciałam zmienić temat.

- Mamusiu, czy wiesz kto ja jestem – spytałam, by się upewnić,  czy wspomnienie tych strasznych  czasów są rzeczywiste, czy może to  zaburzenia?

- No jakże, przecież Dzidka moja córka – powiedziała bardzo cicho.

-Cieszę się, że możemy pobyć z sobą, bo niebawem muszę jechać, czy wiesz gdzie?

- Do Szwajcarii – cichutko odezwała się.

- No tak, kocham cię mamo – zdobyłam się tylko na te  słowa, które i tak ledwo wypowiedziałam ,bo grzęzły mi w gardle. Byłam bliska płaczu.

Po chwili mamuś podniosła głowę, jej oczy zmieniły się, były dziwne, jakby niewidzące.

- Wiesz, on pewnie po mnie przyszedł – powiedziała cichutko.

- Kto? – zapytałam.

- No jak to kto, no ten z niebieskimi oczami , co go wczoraj nakarmiłaś i oswobodziłaś, on po mnie przyszedł, ale skąd wiedział, gdzie mnie znajdzie?

Oczy jej zmętniały, więc delikatnie położyłam ją na poduszkach, nogi podniosłam na łóżko. Przyszła ta chwila, kiedy błądziła.  A może część jej bytu  była  już gdzieś daleko od nas.

Wróciłam do Szwajcarii, do pracy. Wyjechałam z domu umówiona z ojcem:

- Nie będziemy cię zawiadamiać, kiedy zgaśnie -  mówił – dobrze, że teraz byłaś i mogłaś z nią pobyć,  widzisz  jak ona się cieszy twoją obecnością?.  Boję się o ciebie, gdybyś  jechała samochodem w taką zimę i  na taką smutną uroczystość, lepiej będzie, gdy  dowiesz się o tym po czasie.

Rozumieliśmy się bez zbędnych, wielu słów.

Zgasła w marcu. Dla ojca nie umarła, lecz zgasła. Nie potrafił  wypowiedzieć  słowa —„umarła”-   Dla niego była  światłem .

Dla nas wszystkich  była światłem.  Odeszła tam, gdzie kiedyś wszyscy się znów spotkamy.

Tymczasem,  zabrał  ją  niebieskooki  chłopiec – żołnierz .

Zdzisława Kubala

Strzemieszyce 26.10.09

.

Pan Profesor Włodzimierz Wójcik wydał właśnie nową książkę „MOJE CZTERY PORY ROKU „. PROMOCJA ODBYŁA SIĘ NA DZISIEJSZYM (4.08.11)SPOTKANIU ZAGŁĘBIOWSKIEGO KOŁA GENEALOGICZNEGO W WYŻSZEJ SZKOLE HUMANITAS.

Borówka czernicy

Leśny kobierzec mieni się w zieleni

od wczesnej wiosny, przez lato, w jesieni

i rozjaśniany słońca promieniami

błyszczy na ziemi między gałęziami.

Chodzę po lesie, przyglądam się stale

pod swoje nogi i patrzę wytrwale,

aby nie zdeptać borówki czernicy,

bo ona dla mnie szczególnie się liczy.

Nie wiem, czy wiecie, że niszczyć jej szkoda,

gdyż w granatowych, skromniutkich jagodach,

na podobieństwo kuleczek maleńkich

tkwi antidotum na zwyczajne męki.

Ot, choćby zadbanie o cudowność marzeń

o barwy, kształty i o różność zdarzeń,

a tymczasem ja powoli wzrok tracę…

I jak będę żyć, gdy nic nie zobaczę?

ewa willaume-pielka


Radosne Alleluja!


na śnieżnej bieli obrusów

zapachy pierwszych dni wiosny

wśród drobnych liści borowin

przycupnął zając radosny


znów czerstwą szatę odnowił

niewielki z ciasta baranek

nad losem świata się głowi

zdziwiony krasą pisanek


i żółtym licem żonkili

co uśmiech dają od rana

jak mazur z buźką w wanilii

i baba w lukier odziana


promykiem mikrym wiosennym

świat cały chcemy nakarmić

gdzieś znika bura codzienność

gdy Alleluja śpiewamy


Tobie Andrzeju oraz wszystkim sympatykom SAP-u,

składam życzenia – radosnych, słonecznych i szczęśliwych Świąt Wielkanocnych.


Gabriela Bartnicka

Szanowna Pani, Drogi Panie,

To ja: wasz cesarz Napoleon.
Choć niewygodnie mi w kaftanie,
Chcę się podzielić mą ideą.
Choć kaftan bardzo mi przeszkadza,
Piszę, bo żądam ujawnienia,
Że teraz w kraju rządzi władza,
W wyniku nieporozumienia.
Choć kaftan nieco mnie uwiera
I pisać bardzo niewygodnie,
Wszystkich ostrzegam, że Premiera
Opanowało lobby wschodnie.
Choć kaftan mi krępuje ruchy,
Piszę, choć późna już godzina,
Bo mnie z Warszawy doszły słuchy,
Że Tusk w uścisku trwa Putina.
Choć kaftan nieco mnie krępuje,
Piszę te listy w noc i we dnie,
Wszędzie układy, rządzą szuje,
I sam w spiskowe wierzę brednie.
Piszę do Pana, bo już świta,
Niech naród w końcu się obudzi!
Ja jestem władza prawowita!
We mnie jest dobro! Dość złych ludzi!
Rząd nic nie robi, leń z Premiera,
Wciąż tylko jakieś gadki-szmatki.
Ja co innego! Mnie popiera?
Kumpel z sąsiedniej izolatki.
To nie są wcale żadne fochy,
Na polityce znam się chyba.
Wcześniej, przyznaję, brałem prochy,
Lecz teraz jestem zdrów jak ryba.
Nie mam urojeń! Ja nie płaczę!
Wasza diagnoza jest nieścisła.
Czasem stosuję dopalacze,
Lecz jestem wciąż przy zdrowych zmysłach.
Piszę do Pana, choć tu ciemno.
Pan się, doktorze, zna na rzeczy.
Kto ulituje się nade mną?
Czy to się jeszcze da wyleczyć?

Ostatnie spotkanie przebiegało w iście wiosennej atmosferze.

Uczestnicy zaprezentowali swoje najnowsze książki.

Otrzymaliśmy upominki w postaci interesujących pozycji

wydawniczych od autorów: Marii Golanki, Henryka Bebaka.

Ciasteczka, kawka i winko dodatkowo umilały nastrój.

Zachęcam członków i sympatyków SAP-u do

publikowania swoich utworów, lub chociaż ich fragmentów.

Warto zadać sobie trochę trudu, aby wesprzeć

starania Andrzeja Lazara o atrakcyjność tej strony.

Gabriela Bartnicka

Wiosna! Nareszcie!

Kiedy cię nagle pierwszym powiewem dotyka.

chwytasz ją zachłannie jak niezwykły dar losu.

A śpiew ptaków – najczystsza ze wszystkich muzyka,

roznosi radość wokół symfonią stu głosów.

Gdy zapachy świeżości znienacka odurzą,

chcesz zawołać głośno – dobrze, że tutaj jestem!

Cały się znów w wiośnianych powiewach zanurzyć

i jak dziecko radować, tym natury gestem.

Krokusa, który wyjrzał ze zmęczonej trawy,

podziwiasz tak gorliwie jak kwiaty paproci.

A ten nieśmiały promień, co w liściach się bawi,

obiecuje, że wkrótce cały świat ozłoci.


Dnia 15 marca 2011 roku odbyło sie pierwsze w tym roku zebranie SAP oddział w Będzinie.

Uczestnicy spotkania w kolejności alfabetycznej :Bartnicka Gabriela, Bartnicki Jerzy, Bebak Henryk, Ciepiela Bolesław, Ćwięk Bogdan, Golanka Maria, Góra Stanisław, Gwiazda Zdzisława, Imiołek Irena, Kubala Zdzisława, Kusztyb Wanda , Lazar Andrzej , Liszczyk Ryszard, Rabsztyn Zdzisław, Sroka Robert, Sromek Małgorzata, Talkowski Jerzy, Tutaj Marian, Wójcik Romuald, Wójcik Włodzimierz.

Proszę o wpisy na temat ostatniego spotkania SAP



Aktualności 16.12. 2013

Dnia 16 grudnia 2013r. O godz. 16.30 w siedzibie Ośrodka Kultury przy ulicy Małachowskiego 43 w Będzinie odbyło się spotkanie członków i sympatyków Stowarzyszenia Autorów Polskich w Warszawie – oddział Będzin. Spotkanie to miało charakter iście uroczysty. Oprócz bieżących zagadnień był to moment na połamanie się opłatkiem, złożenie sobie bożonarodzeniowych i noworocznych życzeń oraz delektowanie się przyniesionymi potrawami, słodkościami i owocami.

Stworzona rodzinna atmosfera wprowadziła nas w klimat, który stał się zaczątkiem wspólnego kolędowania. Piękną barwą głosu zachęciła nas do śpiewania pani Bożena Związek.

I popłynęły kolędy …….potem Krystyna Borkowska czytała nam swoją poezje. Wójcik Romuald dedykował nam swoje wiersze, Jak widać na zdjęciach Marian Tutaj nas uraczył swym pięknym głosem i przeczytał parę sentencji z przyniesionej książki.

Odbyły sie też wybory uzupełniające do zarządu SAP. Na zastępcę Prezesa Jacka Malikowskiego wybrano jednogłośnie Andrzeja Lazara, który już działał w tamtym roku w Zarządzie SAP.

Uroczystość swym udziałem zaszczycili: prezes honorowy Bolesław Ciepiela z Gródkowa; dr Emilian Kocot autor wielu monografii o lekarzach w Zagłębiu Dąbrowskim i swojej małej ojczyźnie Brudzowicach; Dariusz Jurek – prezes Forum dla Zagłębia Dąbrowskiego; pani Barbara Sławatecka oraz pan Tadeusz Związek.

Kolejne spotkanie odbędzie się w stałej siedzibie dnia 12 lutego 2014r. Nadmieniamy także, że w 2014 roku spotkania członków SAP odbywać się będą w drugą środę miesiąca. O terminach spotkań będziemy informować Państwa na bieżąco.

Korzystając z okazji życzymy wszystkim Świąt otulonych rodzinnym ciepłem, uśmiechem i dobrocią serc a każdy dzień Nowego Roku przynosił zdrowie, radość i spełnienie marzeń zwłaszcza tych głęboko w sercu skrywanych.

Tekst: Aleksandra Bekus, Andrzej Lazar.

Foto: Antoni Sławatecki

Dnia  18 listopada 2013r odbyło się kolejne spotkanie członków i sympatyków  SAP o/Będzin.

Na spotkaniu przypomniane były sprawy ostatnich imprez SAP tj. odbytej  sesji  historycznej „Rola Zagłębia Dąbrowskiego w powstaniu Państwa Polskiego II RP” w muzeum „Sztygarka” w Dąbrowie Górniczej, promocji książki Bolesława Ciepieli: „Preczów dawniej i dziś: historia miejscowości”. Jeśli chodzi o sprawy  bieżące to poruszana była także kwestia nawiązania współpracy z Biurem Organizacji Pozarządowych  i Aktywności Obywatelskiej Urzędu Miasta w Dąbrowie Górniczej w sprawie aplikowania o dotacje na wydanie IV Zagłębiowskich Szkiców Monograficznych i być może Antologii tekstów autorów SAP.

Ważnym tematem stała się przyszłoroczna 100-letnia rocznica wybuchu I wojny światowej i zamiar wydania publikacji ”Zagłębiowskie drogi do niepodległości” ujmującej referaty wygłoszone na sesji historycznej, ale także opracowania pod kątem organizacji niepodległościowych czasów I wojny światowej, pieśni patriotycznych i poezji żołnierskiej, rozwoju organizacji użyteczności publicznej, związków zawodowych, organizacji kulturalno-oświatowych itp. Omówiono też stan przygotowań do XV Sympozjum Zagłębiowskiego.

Bolesław Ciepiela  prezes honorowy SAP  poinformował wszystkich iż niebawem nasz kolega ze Stowarzyszenia pan Marian Tutaj będzie obchodził 85-lecie urodzin i z tej okazji na jego ręce złożył kwiaty i życzenia, do których i my serdecznie się przyłączyliśmy.

W spotkaniu uczestniczył Dariusz Jurek prezes Forum dla Zagłębia Dąbrowskiego.

Ustalono, iż na odrębnym spotkaniu zbierze się Zarząd SAP i ustali harmonogram działalności Stowarzyszenia na 2014r

Zapowiedziano także najbliższe spotkania autorskie :

16.12.2013 – godz. 16.00 spotkanie z poezją Gabrieli Bartnickiej w Bibliotece w Sosnowcu przy ul. Gospodarczej 32 ( Pawilon) godz. 16.00

03.01.2014 –godz. 16.00 wystawa dzwonków od Meksyku po Tajlandię Marii Golanki  w Muzeum Saturn w Czeladzi  oraz występ Jolanty Wychowaniec „ Kolędy z różnych stron świata”

Kolejne spotkanie odbędzie się 16 grudnia o godz. 16.30 w Domu Kultury w Będzinie ul. Małachowskiego 43 na które już teraz serdecznie zapraszamy członków, a także sympatyków SAP.

Tekst : Aleksandra Bekus

Foto   : Antoni Sławatecki

Pogrzeb Zdzisławy Gwiazdy w Sosnowcu dnia 29 listopada 2013 o godzinie 13-tej na Braci Smółków- alazar

Ostatnie pożegnanie naszej Gwiazdy w fotorelacji Antoniego Sławateckiego.

Dnia 14.02.2013 – czwartek , już od godz. 17.oo
udaliśmy się na spotkanie Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego,
w gościnnych progach Centrum Historii Rodziny  Wrocław, Pl. Wolności 7/205

w składzie Bożena Polak ze stowarzyszenia Przyjaciół Dąbrowy Górniczej, Jan Jans ze Szczakowej, Antoni Sławatecki z Sosnowca i ja- Andrzej Lazar z Gródkowa. Przez godzinę wspominaliśmy poprzednie spotkania, wymienialiśmy się materiałami genealogicznymi. Na przykład Koleżanka Bożena przywiozła ponad 20 kalendarzy ściennych wydanych przez ich stowarzyszenie. Były tez rozdawane książki autorstwa Ireny Imiołek o tajnym nauczaniu w latach 1939-1945 oraz o historii Oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego w Dąbrowie Górniczej. Prezes Grzegorz Mendyka dostał także książeczkę o 25 lecia Towarzystwa Przyjaciół Dąbrowy górniczej oraz drugą – „Najciekawsze zabytki i pomniki Dąbrowy Górniczej” Pierwszy zabrałem głos w sprawie „okrągłej” rocznicy powstania Zagłębiowskiego Koła Genealogicznego w Humanitas, a była to piąta. Nakreśliłem w skrócie naszą działalność , przedstawiłem tez moje ostatnie dwie książki o rodach zagłębiowskich, które są dokończeniem tryptyku „Lazary To My” ,”Lazary To Wy”, „Lazary to Oni”.  Ostatnia pozycja ukazała się drukiem 12 sierpnia z okazji 100-lecia OSP w Sączowie , skąd pochodzi mój pra pra dziadek.

Dostałem od Pana Mendyki Zeszyt Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego we Wrocławiu z dedykacją-„ Andrzejowi Lazarowi założycielowi i Wodzowi Zagłębiowskiego Koła Genealogicznego ŚTG w Sosnowcu z wyrazami uznania w imieniu zarządu Ś.T.G Grzegorz Mendyka”.

O godz. 18.oo Radosław Zań zaprosił na prezentację pt.

„Poszukiwania genealogiczne bez wychodzenia z domu
- materiały Family Search online”.

Na spotkanie wstawiło się ponad 50 osób , niektórzy zapisali się w poczet członków Ś.T.G.. Przedstawiciele ZKG wrócili  przed 22-gą do własnych domów marząc o następnym stopniu we Wrocławiu, które odbędzie się dnia 5 kwietnia 2013 roku , a będą to obchody XX rocznicy powstania Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego z siedziba Wer Wrocławiu. Zapraszam już na wspólny wyjazd na zebranie rocznicowe do Wrocławia. Gdy ilość chętnych przekroczy 5 osób to jestem a wstanie załatwicie Mikrobus. Andrzej Lazar .

W Będzinie mieście królewskim niemal już od 10 lat działa Stowarzyszenie Autorów Polskich skupiające 42 członków.Dzisiaj w Pałacu Mieroszewskich na Gzichowie w godzinach przedpołudniowych odbyło sie uroczyste rozdanie orderów i legitymacji – „Zasłużony dla Kultury Polskiej” Nagrodę za nasze osiągnięcia docenił Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Minister Bogdan Zdrojewski.Nagrodę wręczył Prezes Rady Głównej SAP w Warszawie Eugeniusz Orłow i Naczelnik Wydziały Kultury i sportu Urzędu Miejskiego w Będzinie Sławomir Sękala. Listy gratulacyjne od SAP oddział w Będzinie podpisał Prezes Bolesław Ciepiela i Przewodniczący Instytutu Autorskiego Ośrodka Naukowo-Dokumentacyjnego SAP Profesor zw.dr.hab.Mirosław Ponczek.Role gospodarza pełniła Pani Dyrektor Muzeum Zagłębia Anna Smogór. Nagrody otrzymali : Maria Golanka z Sosnowca, Stanisław Góra z Bytomia, Andrzej Lazar z Gródkowa, Mirosław Ponczek z Sosnowca, Teresa Szaflik z Piekar Ślaskich, Romuald Wójcik z Sosnowca

vide -  galeria SAP


Będzin 22.09.2011.

KOMUNIKAT

Jutro tj. piątek 23.09.2011 roku o godzinie 10-tej w Pałacu Mieroszewskich przy ulicy Świerczewskiego 15 w Będzinie , odbędzie się uroczystość wręczania sześciu osobom odznaki

„ Zasłużony dla Kultury Polskiej” . Wręczenia odznaczeń dokonają Pan Prezydent Miasta Będzina Łukasz Komoniewski i Prezes Rady Głównej SAP w Warszawie Eugeniusz Orłow.

Zapraszamy do Pałacu – członek  Zarządy  SAP oddz. w  Będzinie  Andrzej  Lazar.

Zaczynam  zaklinać pogodę

aby łaskawa Ci była

Wtedy i koło  Ciebie

zakwitną kobiercem

cudne, polne rośliny

bo ich aromat oraz kolory

wiecznie sił będą dodawać

szczególnie, gdy wieczorem

do snu będziesz się tam układać.

ewa w-p

2011

Włodzimierz Wójcik: „Dziennik”:

„Jest piątek, 19 sierpnia 2011 roku. Od 16 sierpnia przesiaduję na balkonie Pensjonatu KOMINEK prowadzonego przez Urszulę i Bogumiła Sokołowskich. Ta oaza ciszy, dobrego nastroju, >>swojskości<< usytuowana jest w morzu zieleni przy ulicy Piaseckiego pod dostojnym zakopiańskim Giewontem. Krystaliczne powietrze usposabia mnie zarówno do spacerów pod reglami, jak i do systematycznego pisania. Obserwacja rwących potoków i strumieni daje dużo do myślenia. Potwierdza się Heraklitowe stwierdzenie: Panta rei. Rzeczywiście wszystko płynie. Stare góralskie chaty, które tak bardzo lubię, niekiedy są w stanie rozpadu, ale styl zakopiański nie zanika. To cieszy.

Po śniadaniu wybieram się na Pęksowy Brzyzek, aby pokłonić się mogiłom naszych wielkich rodaków. Oczywiście idę przez Rówień krupową.”


Wczesnym ranem 17 sierpnia 2011 roku na Zakopiańskiej Równi Krupowej było krystaliczne powietrze. Zapowiadał się cudowny dzień. ww


Na patriotycznej uroczystości 13 maja 2011 roku u stóp pomnika Marszałka Piłsudskiego w Katowicach Henryk Bebak otrzymał  Godność Honorowego Wolontariusza Kapituły odznaczenia serduszkiem „SEMPER  FIDELIS”.  Słowa laudacji przygotował Honorowy Członek Kapituły – Profesor Włodzimierz Wójcik, który stwierdził:

Henryk  Bebak urodził się  15 marca  1947 roku  w Łagiszy koło Będzina. Jest  synem  Stefana i Kazimiery z domu  Grabara. Uzyskał wykształcenie średnie techniczne. Jest   absolwentem Technikum Górniczego w Dąbrowie Górniczej o kierunku mierniczy górniczy. Drugi fakultet to budownictwo ogólne. Zaliczył nadto cztery semestry Politechniki Gliwickiej. Ożenił się z Barbarą z domu  Staniec. Barbara i Henryk  mają syna Marcina

Pracę zawodową rozpoczął Henryk Bebak w Fabryce Domów w Będzinie – Łagiszy a następnie w KBO  Zagłębie w Sosnowcu.  Na terenie Gminy Psary był  kierownikiem  budów.

O jego działalności i aktywności społecznej świadczą prace w Stowarzyszeniu Dam i Kawalerów Orderu św. Stanisława w Warszawie, w  Komandorii  Zagłębiowskiej  w Będzinie, wreszcie  w Stowarzyszeniu Autorów Polskich (Oddział w Będzinie).   Jest Komandorem i,  zgodnie ze statutem,  pomaga dzieciom oraz potrzebującej  młodzieży. Organizował aukcje dla dzieci, wyjazdy wakacyjne i wiele imprez młodzieżowych . W szkole średniej należał do Zespołu Pieśni i Tańca „Zagłębie” w Dąbrowie Górniczej. W czerwcu 1998r. został razem z rodziną i potomkami przyjęty do herbu Nowina.( akt notarialny w Londynie)

Na jego  działalność literacką składają się „Przysłówka Lwowskie”, „Łagiskie wykopaliska archeologiczne i cmentarze”, „Order św. Stanisława w Polsce i Zagłębiu Dąbrowskim”, „Historia i Dzieje Zespołu Pieśni i Tańca „Zagłębie”. Został wyróżniony i jest Kawalerem Orderu św. Stanisława I klasy GCStS, Wielkim Krzyżem z łańcuchem Orderu św. Stanisława GCCStS. Wyróżniony także  za osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej i upowszechnienia i ochrony kultury przez MIASTO BĘDZIN. Za swoje poświęcenie i działalność na rzecz społeczeństwa Kapituła N.C. nadała mu Krzyż Szlachecki. Posiada wiele podziękowań i honorowych dyplomów za pracę na rzecz „Małej Ojczyzny”,  Za pracę kulturalną wyróżniony odznaką Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego jako Zasłużony dla Kultury Polskiej.. Jest członkiem  WIELKIEJ KAPITUŁY NARODOWEJ  ORDERU św. Stanisława w POLSCE. Interesuje się muzyką,  narciarstwem i żeglarstwem. Mieszka w Łagiszy k/ Będzina.

Henryk Bebak sercem jest obrócony ku Bogu, Ojczyźnie, rodzinie, otaczającym go bliźnim. Formuje pokój. Darzy świat miłością. Jestem przekonany, że zasługuje na nadaną mu przez nas  wysoką godność poświadczoną dyplomem (w załączeniu).


GINTARAS – Autor -  Zdzisława  Kubala.

Siedziałem przy barze restauracji hotelu Panorama i  degustowałem litewskie trunki, o których opowiadano mi niejednokrotnie w  Polsce. Muszę przyznać, że  mi smakowały. Szczególnie Bolzamas 999  i Sventine - 30% alkohol, oba o posmaku ziół. Byłem pierwszy raz w Wilnie. Podróż moja do tego pięknego, północnego grodu związana była z potrzebą napisania przeze mnie artykułu do lokalnej gazetki o Józefie Piłsudskim , w siedemdziesiątą piątą rocznicę jego śmierci. Był kwiecień 2010 roku. Pogoda nieszczególna. Deszcz siąpił lub lał codziennie, więc jak się mówi  - pogoda barowa. W przerwach pomiędzy strefami opadów, wybiegałem z aparatem  cyfrowym by zwiedzać miasto lub na Rossę. Krok po kroku  wpływałem w atmosferę miasta wraz ze strugami deszczu. W tej niezbyt przychylnej  aurze ratowała mnie dobra, ciepła kurtka  z pokryciem  przeciwdeszczowym.  Teraz siedząc tutaj, obserwowałem krzątanie barmana,  wchodzących i wychodzących gości hotelowych. Próbowałem nawiązać z barmanem kontakt, ponieważ słyszałem, że dobrze mówi po polsku, ze śpiewnym wileńskim akcentem. Był to mężczyzna w  moim wieku, a może trochę starszy. Brunet, lekko szpakowaty, twarz sympatyczna, z uśmiechem jakby przyklejonym do twarzy. Gdy któryś raz napełniał mi moją szklaneczkę  ziołowym trunkiem zagadałem:

- Codziennie tak? – miałem na myśli, czy codziennie pracuje tu w barze.

- Nie, zawsze mam wolne w poniedziałek i we wtorek – odpowiedział, domyślając się o co mi chodzi.

- Czy wobec tego  mógłby Pan oprowadzić mnie po mieście. Jestem Krzysztof.

- A ja Ceslovas, przedstawił się – chętnie  to zrobię. Jestem Polakiem, ale musimy tutaj używać pisowni litewskiej, rozumiesz. Nazywam się Madej.

Byliśmy umówieni na poniedziałek. W wolnych chwilach, gdy Ceslovas nie  obsługiwał innych gości, zbliżał się do mnie i udawał, że zachęca mnie do dalszego degustowania litewskich specjałów. Wówczas zauważyłem pod jego dolną wargą dość pokaźną brodawkę, która z daleka była niewidoczna, ponieważ  miała kolor skóry. Przypomniałem sobie, że we wczesnej młodości  poddałem się zabiegowi usunięcia  podobnej brodawki w tym samym miejscu, pod moją dolną wargą. Moja brodawka była jednakże ciemna i wówczas przekonany byłem, że tak dalece mnie ona szpeci,  że nie będę podobał się dziewczynom. Był to znak szczególny, który przekazał mi mój ojciec. Zabiegu dokonano w gabinecie kosmetycznym i  z czasem zupełnie zapomniałem o tym fakcie. Teraz dziwnie poruszyła mnie brodawka barmana i jeszcze to imię –   Ceslovas, co kojarzyłem z imieniem mojego ojca – Czesławem. Mimo, że trochę byłem  oszołomiony trunkami, zacząłem pilnie przypatrywać się barmanowi. Jakiś  niepokój zakiełkował w mojej głowie. Wiedziałem, że w 1964 roku ojciec mój przebywał w Wilnie na kursie maszyn liczących, które Polska importowała z byłego Związku Radzieckiego. Dałem znak barmanowi, że już pasuję i idę spać. Zapłaciłem i jeszcze dodałem:

- Jesteśmy więc umówieni na jutro – po czym  pośpiesznie skierowałem się do windy. Mój pokój znajdował się na piątym piętrze. W pokoju rzuciłem się do moich dokumentów, aby odnaleźć zdjęcie ojca, które zawsze mi towarzyszyło, a  przechowywałem je w najgłębszej kieszeni, tam gdzie miałem zwyczaj trzymać  książeczkę ubezpieczeniową, kartę grupy krwi  i oświadczenie  w sprawie przekazania organów do przeszczepu w razie nagłej, niespodziewanej śmierci, w razie wypadku. Dużo podróżowałem samochodem, zdarzało mi się także jeździć motocyklem. Zdjęcie ojca było robione w jego młodości, gdy jeszcze nie miał rodziny. Położyłem się

w ubraniu  na łóżku i wlepiałem oczy w twarz ojca. To było ulubione jego zdjęcie, bo rzeczywiście fotograf stanął na wysokości swojego artystycznego kunsztu. Chyba było retuszowane. Nie było na nim śladu brodawki, a przecież  wiem, że ją miał. Zasnąłem ze zdjęciem w dłoni.

Nazajutrz, tuż po śniadaniu, nie wróciłem już do pokoju, lecz czekałem na Ceslovusa  w foyer hotelowym. Zjawił się punktualnie o 9.00 i  wyruszyliśmy

w miasto.

- Co chciałbyś zobaczyć ? – zapytał krótko.

- Wszystko mnie interesuje, a szczególnie jak  Wy Polacy żyjecie tu, na obczyźnie, czy kultywujecie tradycje polskie i w ogóle jak postrzegacie Polskę jako swoją Ojczyznę?

Mój towarzysz zamyślił się i dopiero po chwili zaczął śpiewać swoją wileńską polszczyzną. W głosie jego wyczuwałem dziwną łagodność i jakby nostalgię. Przyszło mi do głowy więc pytanie:

-  Czy byłeś kiedykolwiek w Polsce?

-  Nie, nigdy, ale wszystko jeszcze może się zdarzyć. Myślę, że zwiedzanie miasta zaczniemy od Ostrej Bramy, a potem zajdziemy do  naszego Adasia, jak tu mówimy o Muzeum  Adama Mickiewicza, w Zaułku Bernardyńskim.

- Chętnie – poddałem się zupełnie mojemu towarzyszowi, ufając, że zobaczę o wiele więcej niż gdybym oglądał miasto z przewodnikiem turystycznym. Ciekaw byłem również jego komentarzy. Miasto robiło wrażenie. Było czyste, a budynki  odnowione. Byłem mile zaskoczony, gdyż  oczekiwałem  podobnej ruiny jaką zobaczyłem zwiedzając Lwów, dwa lata temu. Tu serce  biło mi radośnie w każdym kościele , przed gmachem  Filharmonii, na dziedzińcach Uniwersytetu  Stefana Batorego obecnie przemianowanego na  Uniwersytet Wileński, mimo niefortunnego pomysłu przerobienia wszystkich nazwisk profesorskich na język litewski, na  marmurowych tablicach, na dziedzińcu  uniwersyteckim. Tak więc przeczytałem  na jednej z nich – Adomas  Mickevicius. Zapytałem swojego przewodnika:

-  Gdyby na Uniwersytecie Stefana Batorego wykładał  profesor narodowości francuskiej lub angielskiej – to też zmieniliby mu nazwisko z końcówką – cius  lub  as. Mój znajomy wzruszył ramionami bezradnie.

Byliśmy już porządnie zmęczeni, więc zaproponowałem obiad w najbliższej, a względnie dobrej restauracji. Ceslovas kręcił głową.

-  Nie, nie pójdziemy do restauracji, ponieważ wczoraj opowiedziałem mojej matce  o tobie. Była bardzo wzruszona i zaprosiła nas na pierożki ruskie, ale musimy wyciągać nogi, aby zajść  na świeże. To jest na peryferiach miasta  na ulicy Giraitas,  my mówimy ciągle po polsku – Gajowa.

Propozycję Czesława przyjąłem z przyjemnością.

Było późne popołudnie, gdy wchodziliśmy do starej kamienicy. Na parterze, w dość ciasnym mieszkanku  matka Czesława  czekała na nas, aby  ugościć  przybysza z Polski ruskimi pierożkami. Drzwi otworzyły się bez pukania. W nich stanęła kobieta w wieku sześćdziesięciu  lat. Rozkładając ręce zapraszała:

- Zachodzicie, proszę – śpiewała jak jej syn. Patrzyła na mnie uważnie. Stół był przykryty białym obrusem, a na nim cztery  talerze  z widelcami. Skromnie, ale serdecznie – pomyślałem.

- Dziękuję za zaproszenie –  witając się z gospodynią domu schyliłem się do jej spracowanej ręki, aby ją ucałować. Gdy podniosłem głowę i spojrzałem na kobietę, zdziwiłem się. Oczy jej błyszczały załzawione. Zapraszała do stołu. Do pomieszczenia weszła jeszcze jedna kobieta podpierając się laską. Matka  barmana przedstawiła siebie i  przybyłą:

-  Ja jestem Krystina, a wskazując na swą towarzyszkę powiedziała – a ta, to  Irena nasza przyjaciółka i poetka.  Zaprowadziłeś Pana na Rossę? – zapytała syna.

- Jeszcze  tam nie byliśmy, jutro  pójdziemy.

- Właśnie Irena  jest jakby powiedzieć strażnikiem mogiły Marszałka  na Rossie. Tam też spotyka się z Polakami odwiedzającymi Komendanta, mówi im swoje wiersze. Co ja plotę, tam przecież  leży matka Marszałka  i jego przy niej serce.

Pierożki były wyśmienite, własnoręcznie robione przez Panie: Krystynę i Irenę.  Irena zaprosiła mnie na Rossę nazajutrz, powiedziała, że będzie czekać i opowie mi o Komendancie, o Ponarach i wielu, wielu sławnych Polakach spoczywających na tej ważnej dla Polaków Nekropolii. Pożegnała się i wyszła. Siedziałem  vis a vis Pani Krystyny, którą co chwila przyłapywałem na uważnym przyglądaniu się mej osobie. Wreszcie po dłuższej chwili, gdy wypiliśmy po lampce wina, Krystyna  zaczęła opowiadać.

- Przypominasz mi kogoś, kto był dla mnie bardzo ważny – zaczęła nieśmiało. Był rok 1964. Pracowałam wówczas  jako pokojowa w hotelu  Gintaras, teraz nazwali go Panorama. Niewielu turystów odwiedzało Wilno. To były zupełnie inne czasy. My, Polacy nie przyznawaliśmy się do polskości, a tęsknota za Ojczyzną nas trawiła jak jakaś ciężka choroba. Toteż kiedy między pracownikami hotelu rozeszła się wiadomość, że przyjeżdżają Polacy  do nas na trzy miesiące nauki i będą zamieszkiwać w naszym Gintarasie, wybuchła wielka radość. Kierownictwo hotelu  było rosyjskie, natomiast inni tak jak ja, cała służba niżna  była polska. Cieszyliśmy się, że zobaczymy Poliaków. Jak też oni wyglądają?

Patrzyłem uważnie na twarz opowiadającej. Śpiewała powoli. Oczy jej wykonywały okrężne ruchy. Nie wiedziałem dlaczego. Pomyślałem, że może szukają w pamięci dawnych obrazów młodości, a może aby wgonić do kanalików łzowych mokre ślady wspomnień i nie pokazać nam; synowi i mnie wzruszenia.

- Wreszcie przyjechali – ciągnęła dalej – zakwaterowali się, a my mieliśmy odprawę

z kierownictwem hotelu z surowym zakazem spoufalania się z nimi. Mimo  zakazu każdy,  z nas, a szczególnie mogę powiedzieć to o sobie, myślałam inaczej. Pragnienie kontaktu z Polską było tak silne, że żadne zakazy nie mogły tego pragnienia zniweczyć. Oni uosabiali Polskę. Wreszcie pierwsze kontakty w pokojach, rozmowy, uśmiechy. Pracowałam na piątym etażu czyli piętrze. Miałam wtedy szesnaście lat i byłam wielką, a równocześnie zbuntowaną idealistką. Nie chciałam mieć męża  Rosjanina, a przeważnie tacy kręcili się koło mnie.. Pochodziłam  ze starej, zasiedziałej, wileńskiej i jednocześnie polskiej rodziny z tradycjami.

Wpadł mi w oko mężczyzna  dojrzały. Miał bardzo ujmujący wygląd, o sportowej sylwetce. Często się uśmiechał i za wszystko, nawet drobną usługę dziękował. Nim minął tydzień, zbliżyłam się do niego tak, że już byliśmy na ty. Byłam gotowa, aby umówić się z nim na randkę  i ponieść wszelakie konsekwencje swojej niesubordynacji. On natomiast traktował mnie żartobliwie, może nawet jak dziewczynkę, której chciał opowiedzieć o Polsce, bo zarzucałam go pytaniami – jak to tam jest?  Spotkaliśmy się  przy Ostrej Bramie i widziałam, że wszedł do Kaplicy i długo klęczał, zapatrzony w oblicze Ostrobramskiej Maryi. Po tym pierwszym spotkaniu Cześku zaniemógł, po prostu przeziębił się. Nie wychodził

z hotelu, gorączkował i ledwie mógł wysiedzieć na wykładach o tych rosyjskich maszynach liczących.

W tym momencie nie mogłem powstrzymać się od pytania.

- Czy Pani ma może zdjęcie tego mężczyzny?

Krystyna wyszła do drugiej izby. Po chwili wróciła i położyła przed moimi oczami zdjęcie mojego ojca. Było to właśnie powielone zdjęcie, które i ja tak pieczołowicie przechowywałem wraz ze swoimi ważnymi dokumentami. W momencie chciałem zapanować nad emocjami, ale czy mi się to udało? Nie wiem. Chwilę wpatrywałem się w twarz człowieka, którego przecież dobrze znałem, ale zastanawiałem się -  jak mam się zachować?

- Czy może go znasz, czy może spotkałeś go kiedykolwiek? – zasypywała mnie pytaniami Krystyna.Pewnie spostrzegła moje zmieszanie.

- Nie, nie znam go, ale nie dziwię się, że się Pani spodobał. Miła powierzchowność – skłamałem.

- Mój syn jest owocem  kontaktów z nim i wcale się tego nie wstydzę. Opowiadał mi wtedy, że rozstał się  z żoną i nie wiedział jak dalej potoczą się ich wzajemne relacje. Dzieci nie mieli. Wzbudził więc we mnie nadzieję , że może zabierze mnie do Płolski, poślubi i będziemy bardzo szczęśliwi. W czasie jego choroby, przychodziłam do jego pokoju, piastowałam i ogrzewałam własnym ciałem. W rezultacie pomyślałam, że wolę mieć z nim dzieciaka niż wyjść za mąż za jakiegoś Ruska. Będąc panną

z dzieckiem  dadzą mi wreszcie spokój adoratorzy. Tak wtedy myślałam. Nadzieja mieszała się z ryzykiem. I widzisz mój drogi chłopcze – śpiewała dalej – tak się to wszystko ułożyło. Po trzech miesiącach ukochany mój odjechał  nie wiedząc, że pozostawił mnie przy nadziei. Rodzinie też nie powiedziałam kim jest ojciec dziecka. Wychowałam go sama, na porządnego człowieka, na Poliaka. Było ciężko, ale nie żałuję.

Patrzyłem na fotografię i miałem nieodpartą chęć odwrócenia jej i przeczytanie rewersu.

Krystyna jakby telepatycznie wyczuła i powiedziała:

- Przeczytaj co napisał na odwrocie.

Nieśmiało sięgnąłem  po zdjęcie i odwróciłem:

Mojej małej, troskliwej opiekunce Krzysi  ofiaruję swoją podobiznę, aby czasem wspomniała wspólnie przeżyte chwile w Wilnie. Czesław.

Znałem doskonale to pismo. Czułem się też w obowiązku coś powiedzieć, a mimo to zaległa cisza.  Mój barman też milczał, ale jego ręka spoczęła na dłoni matki. Był to gest piękny, aprobujący jej młodzieńcze postępki.

- To piękna historia, będę ją długo w sercu nosił – powiedziałem nie wiedząc czy  doprawdy było to  na temat. Na poczekaniu wymyśliłem moją historię,

w przekonaniu, że słusznie postąpiłem, nie burząc spokoju tej kobiety, nie przyznając się, że to właśnie mój ojciec. Pierwotny mój zamiar był inny. Teraz byłem zadowolony, że identyczne zdjęcie  spokojnie  leżało w górnej kieszeni mojej kurtki,

w polskim paszporcie.

- Moja matka też prawie sama mnie wychowała- rozpocząłem swoje opowiadanie. Ojciec mój odszedł od nas dość młodo. Umarł w wieku 55 lat. Był delikatny. Chorował na serce. Zabrał go pierwszy i ostatni zawał. Nie uratowaliśmy go. Nie mam rodzeństwa. Bardzo mi go brakowało, szczególnie  gdy stawałem się mężczyzną.

Milczeliśmy. Wiedziałem, że należy zakończyć tę wizytę, ale czułem się tak swojsko w ich towarzystwie, że miłe było to milczenie. Bez narzekań na los, przeznaczenie, trudności życiowe.  Przepływała przez nas jedna dobra energia, chęć godnego znoszenia  ludzkiego losu zamotanego w historię narodu,  nękanego ciągłymi zmianami granic, reżimów i okrutnych decydentów. Podziękowałem i sam wracałem do hotelu. Jutro spotkam się znów z Czesławem  i będziemy zwiedzać Rossę. Niosłem w sobie przeświadczenie, że jemu winien jestem wyjaśnienie i ujawnienie  prawdy popartej zdjęciem. Przekonany byłem co do jednego- matki nasze należało chronić przed wzruszeniami i nie ujawniać faktów, których wiedzą związani będziemy my dwaj. Byliśmy bowiem  BRAĆMI. Sprawa napisania artykułu o Matce i Sercu jej Syna  czyli o  Józefie Piłsudskim  w siedemdziesiątą piątą rocznicę  śmierci Marszałka  zeszła na dalszy plan. Wizyta w Wilnie zaowocowała dla mnie  cudownym darem. Poznałem brata, z czego ogromnie byłem zadowolony.  Nie byłem już sam.

Miecz koronacyjny…  i pióro

Refleksje profesora Włodzimierza Wójcika na temat książki Henryka Bebaka pod tytułem „Order Świętego Stanisława w Polsce i Zagłębiu Dąbrowskim”

Jako nauczyciel akademicki,  filolog-polonista,  niejako z urzędu,  zachęcam młodzież,   swych  asystentów i adiunktów do utrwalania posiadanej wiedzy oraz wyrażania swych poglądów w słowie pisanym. Żar intelektualnych dyskusji jest wprawdzie  pożądany, ale ciekawe opinie i poglądy interlokutorów nie powinny znikać niczym para wodna w powietrzu. Zasługują przecież na utrwalenie ku pożytkowi bliźnich.

Jako człowiek pióra, członek Związku Literatów Polskich, współtwórca Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego  zachęcam przyjaciół, będących poetami, prozaikami, czy eseistami do wyjścia poza jałowy świat wyłącznie bezpłodnego „członkostwa”,  uruchamiania sfery wyobraźni i – poprzez napisane wiersze, opowiadania, powieści – do zaznaczania swojej obecności w cywilizacji i życiu swego regionu, czy narodu.  Zachęcając studentów, pracowników nauki oraz kolegów ze związków twórczych do sięgania po pióro i do wydawania drukiem książek, zawsze zwracałem i zwracam uwagę na respektowanie określonych norm, które od wieków  obowiązują  ludzi piszących. Przestrzegam wszystkich przed hańbą plagiatu, który jest  potępiany przez  system prawa autorskiego oraz opinię  otoczenia. Wyjaśniam, że na karcie tytułowej każdej książki może istnieć imię  i nazwisko człowieka, który ją napisał. Jeśli w publikacji są teksty wielu autorów, wówczas jej inicjator może określać się tylko jako „redaktor”;  nie jako autor. Piszę o tym, gdyż – jako honorowy prezes Będzińskiego Oddziału Stowarzyszenia Autorów Polskich – mam obowiązek moralny czuwania nad  przestrzeganiem prawa i dobrego obyczaju.

Dumny jestem z tego, że wypełniam nie tylko funkcję mentorską, ale także rolę inicjatora licznych  pisarskich pomysłów,  przedsięwzięć edytorskich, czego dowodem są moje wstępy do wielu książek oraz recenzje wydawnicze. Czasem krytyczne, proponujące korekty, ale zawsze bardzo życzliwe. Mające charakter promocyjny.

Właśnie ów charakter promocyjny mają moje refleksje na temat ostatnio wydanej w druku książki Henryka Bebaka pod tytułem „Order Świętego Stanisława w Polsce i Zagłębiu Dąbrowskim”. Witam tę książkę bardzo serdecznie mając przeświadczenie, że odegra ona dużą rolę w upowszechnianiu wiedzy o wielu pięknych kartach naszej historii oraz formowaniu się naszej polskiej mentalności.

Publikacja Henryka Bebaka ma charakter bardzo oryginalnego kolażu. Autor  pracowicie i pomysłowo prowadzi swój wywód walnie posługując się w swej narracji  obszernymi cytacjami esejów i artykułów wielu  piszących o Stowarzyszeniu Dam i Kawalerów Orderu Świętego Stanisława. Zarówno te cytacje, jak i obszerny serwis ikonograficzny i fotograficzny opatrzone są skrupulatnymi informacjami o ich autorach. Henryk Bebak, człowiek, dla którego prawość i honor nie są frazesem,  człowiek wrażliwy na wartości wyższego  rzędu,       nie może pominąć imienia i nazwiska autorów prac, które przywołuje w swej cennej książce. Takie postępowanie jest dla niego normą.

W książce Bebaka wyodrębniają się trzy segmenty, które są zasadniczym przesłaniem ideowym jej autora. W pierwszym sugestywnie kreśli żywot i męczeńską śmierć biskupa Stanisława oraz jego legendę idącą poprzez wieki. W drugim przenosi nas autor w czasy Oświecenia, do Warszawy i królewskich Łazienek. Przypomina starania oświeconego króla polskiego, Stanisława Augusta Poniatowskiego, idące w kierunku ratowania Rzeczypospolitej poprzez popieranie inteligencji twórczej. To właśnie dla ofiarnych patriotów – twierdzi autor książki – ustanowił monarcha Order Świętego Stanisława.  W trzecim segmencie kreśli Henryk Bebak dzieje orderu w czasach rozbiorów oraz jego restytucję po latach, i jego żywot w naszym życiu współczesnym.  Zwraca przy tym uwagę na walne zasługi Wiesława Nowickiego z Londynu, leżące u podstaw restytucji orderu.

Książka  jest godna polecenia czytelnikowi dorosłemu. Szczególną rolę edukacyjną  może odegrać ta wartościowa praca, kiedy udostępnimy ją naszej młodzieży.

Promocji książki  Komandora Henryka Bebaka towarzyszy  podniosła uroczystość odbywająca się  w pięknym dworku w Bolesławiu, usytuowanym na królewskim szlaku między Krakowem a Będzinem, grodem zrodzonym z ducha polityki monarchy – Kazimierza Wielkiego. Cieszę się, że kolejnym osobom z naszej Komandorii  jako Wielki Mistrz mogę wręczyć, wraz z towarzyszącymi mi osobami,  Krzyż Szlachecki, NOBILITY CROSS, oraz stosowny dyplom.  Zaszczytem dla uhonorowanych będzie pasowanie ich repliką historycznego miecza koronacyjnego, ufundowanego prze ofiarnych członków Stowarzyszenia.  Autorowi książki i odznaczonym z serca gratuluję.

WŁODZIMIERZ WÓJCIK

Przemówienie wygłoszone na Walnym Zgromadzeniu Stowarzyszenia Dam i Kawalerów Orderu Świętego Stanisława Komandorii Zagłębiowskiej w Bolesławiu w dniu 19 marca 2011 roku.

doczekaliśmy się, po dłuższej zimowej przerwie Koleżanki i Koledzy powiadomili mnie , że jutro o godzinie 16-tej w Domu Kulturu W Będzinie odbędzie się spotkanie SAP oddział w Będzinie. Zapraszam wszystkich serdecznie...Andrzej Lazar

Śnieg okrył ziemię puszystą bielą… kliknij…

Rodzinka Gabi Bartnicka

Moi wujowie byli przeróżni -

czasem pękaci, często podłużni.

Wujo z Mazowsza miał groźne wąsy,

chudy jak szczapa w kuchni wciąż krążył.

Apodyktyczny, nieco przygłuchy,

kiedy przemawiał milkły też muchy.

Wuj moczymorda lubił balować,

potem przed żoną w szafie się chował.

Prawie do setki kochał kobitki,

miał do ich wdzięków pociąg niezwykły.

Henryk o wojnach snuł sto tasiemców,

jak to rozgramiał Ruskich i Niemców.

Był też artysta, co piał donośnie,

chętnie o świcie arie o rosie.

Najukochańszy był wuj Leopold -

o nim wspomnienie w sercu mam dotąd.

Ciotki w młodości były urocze,

zwłaszcza Irena z jasnym warkoczem.

Ponoć wielbiła mężczyzn w mundurze,

wdzięk jej spojrzenia majora urzekł.

Ciotka Eugenia z misternym lokiem,

nawet na zdjęciach błądzi w obłokach.

Wciąż malowała, wiersze pieściła,

gdy się wydała, jadła i tyła.

Była też Anna – mistrzyni stołu,

złapała męża na smak rosołów.

Krążą w rodzinie afrodyzjaki,

których użyła pichcąc przysmaki

Dzieci kochały krągłą Dorotę,

za jej fantazję, koty i psoty.

Wiszą na ścianach, sterczą w albumach -

z nutką nostalgii o nich podumaj!


Ż Y C Z E N I A- autor Gabriela Bartnicka.

Usiądźmy znów odświętni

Podzielmy się słowami

I tak jakby prezenty

Dobrą myśl sobie dajmy

Niech Gwiazda Betlejemska

Co zalśni w szybach okien

Gdy zabrzmi znów kolęda

Przywoła ciepło wspomnień

I niczym malusieńki

Co u nas dziś zagości

Słowa i myśli wszelkie

Otulmy dziś miłością

W ten dzień niezwykle piękny

Umieszczasz na obrusie

Opłatek co symbolem

Miłości jest Chrystusa

Ciesz się radością bliskich

Obsyp ich podarkami

Lecz nie zapomnij o tych

Którzy w ubóstwie sami

Może blisko za ścianą

Starzec samotny  czeka

A pies głodny, zziębnięty

Pragnie gestu człowieka

Okaż dobroć czującym

W te dni pełne jedności

Bowiem dziś na tę ziemię

Jezus miłość przynosi

CZAS ADWENTU WYPEŁNIAMY NIE TYLKO PODZIWIANIEM ZAŚNIEŻONEGO PEJZAŻU ZIEMI OJCZYSTEJ. SNUJEMY REFLEKSJE O CZASIE MINIONYM, ALE TAKŻE FUNDUJEMY NADZIEJĘ, ŻE NOWO NARODZONY SYN BOŻY PRZYNIESIE NAM:  DOBRO, PRZYJAŹŃ, ŻYCZLIWOŚĆ, SPOKÓJ I POKÓJ, ENERGIĘ TWÓRCZĄ, POCZUCIE SZCZĘŚCIA. PEŁEN TAKICH MYŚLI,  WSZYSTKIM CZŁONKOM I SYMPATYKOM BĘDZIŃSKIEGO ODDZIAŁU STOWARZYSZENIA AUTORÓW POLSKICH SKŁADAM NAJLEPSZE ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE I NOWOROCZNE: „PODNIEŚ RĄCZKĘ, BOŻE DZIECIĘ / BŁOGOSŁAW OJCZYZNĘ MIŁĄ!”

Włodzimierz Wójcik

HONOROWY PREZES SAP

Będzin 12 grudnia 2010 r.

obrazy duszy

Lubię  pędzlem rozmawiać z sobą

Cyzeluję wtedy po słowie słowo

a w dali widzę błękit nieba i wody

Ten obraz uskrzydla dodając urody

każdej poznawanej okolicy.

… i to się dla mnie najbardziej liczy.

bo tych obrazów nikt mi nie zabierze

i nawet jeśli w letarg  wpadnę

lub oślepnę, to i tak wierzę

że oczami duszy będę wspominała.

- najwyżej się nie przyznam,

że  znowu płakałam

ewa willaume-pielka

2010

BUDYNEK MUZEUM W SOSNOWCU,  POŁOŻONY W PARKU SIELECKIM,  PRZYPOMINAJĄCYM  WARSZAWSKI PARK ŁAZIENKOWSKI. TO TUTAJ W DNIACH 9-10 LISTOPADA 2010 ROKU GROMADZILI SIĘ MIESZKAŃCY ZAGŁĘBIA UCZESTNICZĄC W OTWARCIU WYSTAWY  „DROGI DO NIEPODLEGŁEJ” (ze zbiorów Muzeum Niepodległości w Warszawie) ORAZ W WYKŁADZIE  „JÓZEF PIŁSUDSKI – PIERWSZY ŻOŁNIERZ NIEPODLEGŁEJ POLSKI”. EKSPONATY WYSTAWY OBJAŚNIAŁ ORAZ WYGŁOSIŁ WYKŁAD PROFESOR WŁODZIMIERZ WÓJCIK.

Artykuł z Gazety Wyborczej z 5.XI.2010 roku.

Artykuł z Gazety Wyborczej z 4.XI.2010 roku.

Uczestniczyłem ja w sobotę dnia 23 tegoż miesiąca roku panieńskiego 2010-tego w zaiste wspaniałej kreacji, brałem udział we mszy i potem w ablacji rzekomego 60 letniego daty powstania Liceum imieniem Norwida w Będzinie a wiem z historyjki zacnego Królewskiego rodu , ze to niejaki Walter Szolc za młodu wsławił się w Zagłębiowskie działanie jako komunista i niech tak zostanie…

Nasz nowy Kolega Żmija ma dobry pomysł. Zobaczymy , czy mu się uda…Powodzenia w zamierzonym celu.

pociag im Kuroń

Pielka02

kaprysy

W porannym przekładańcu

myśli przestają tańczyć,
bo świt ma wielkie zapędy.

Każdy jednak niepewny,

gdyż znów nadchodzą deszcze.

Co jeszcze?

Idę w zaparte

i  kłaniam się nisko z żartem,

że może wreszcie w niedzielę

się rozweselę.

Ewa Willaume-Pielka

rozjaśniał noce beż żadnej obawy.

Ale dla zwierząt blask ten jest koszmarem,

nocą reflektor poraża, lub wabi,

gubią się młode w lęku ponad miarę,

w obu wypadkach światło może zabić.

Znam ja rezerwat pięknej, czarnej nocy

i pełnej światła z gwieździstego nieba,

mieści się w wiosce o czarownej mocy,

tutaj neonów montować nie trzeba.

Mogę iść sama bez latarki żadnej

górską kotlinką, gdzie Alkor zamieszkał

i gdzie w oddali lśnią światła wsi ładnej,

widząc dokładnie, jak wije się ścieżka.

Tu wszystkie gwiazdy na mnie spozierają

na okolicę i na moją chatę,

a oba Wozy srebrne dyszle mają

- więcej nie piszę,

dobrej nocy zatem..

Ewa Pielka z Sosnowca

Protokół z zebrania z dnia 15 października br.

Trochę poezji w wykonaniu naszej miłośniczki Ewy Pielki

Pielka01

Nasz Kolega Kazimierz Żmija członek Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego we Wrocławiu, a delegat na Górny Śląsk jest autorem Wspomnień o Henryku Kuroniu i jego rodzinie w książce Włodzimierza Starościaka wydanej z okazji 110-lecia I Liceum Ogólnokształcącego w Dąbrowie Górniczej im. Waleriana Łukasińskiego przy ulicy Kopernika.

W sobotę 9 października byłem na rocznicowym spotkaniu Towarzystwa Genealogicznego Centralnej Polski w Łodzi.

Nasza nowa koleżanka, bardziej sympatyk niźli samarytanka- Ewa Pielka , tak sie nazywa  primo voto Willaume nazwiska używa…

Imieniny Roku

Wszem wiadomo

cyfr nie lubię.

Zanim dodam już pogubię

myśli wątki, nawet słowa.

A powinnam być gotowa

taką datę zapamiętać

choć daleko jej do święta

ale jest to ponoć

Szczęścia SZOK.

I dlatego z tej przyczyny

mam kłopoty z własnej winy

że ma swoje „imieniny”

nawet

ROK

10.10.2010

ewa willaume-pielka

Zebranie było bardzo interesujące. Koleżanka Ewa Willaume -Pielka z Sosnowca została nową nasza sympatyczka. Ewa pisze piękne wiersze , które ciekawie obrabia komputerowo i rozsyła przyjaciołom.

Dnia 6 października br. ukazała się krótka notatka w Gazecie Wyborczej o genealogach.Poniżej wycinek z tej gazety.

Dnia 7 października br.ukazała się krótka notatka tym razem w Dzienniku Zachodnim zatytułowana ” Poznaj swoje korzenie, zostań genealogiem.” Świadczy to , że wieloletnia stażem Pani redaktor tej gazety trzyma rękę na pulsie i jest na prawdę profesjonalistką.Poniżej wycinek z tej gazety.

Dnia 7 października br., to jest w czwartek o godzinie 17-tej w WS Humanitas w Sosnowcu przy ulicy Kilińskiego 43 na II pietrze odbędzie się kolejne spotkanie Zagłębiowskiego Koła Genealogicznego , na którym będę poruszał sprawy związane z naszą nową stroną SAP oddział Będzin. Będę rozdawał kody dostępu do tej strony i dopisywał listę dalszych członków i sympatyków tej organizacji. Będą wyświetlane zdjęcia z I Zagłębiowskich Pieczonek  ZKG w Ogrodzieńcu. Zapraszam serdecznie -Andrzej Lazar-

PROFESOR HONOROWY UNIWERSYTETU ŚLĄSKIEGO WŁODZIMIERZ WÓJCIK ZNÓW W CZYNNEJ SŁUŻBIE AKADEMICKIEJ

Emerytowany prof. zw. dr hab. Włodzimierz Wójcik, wieloletni pracownik nauki śląskiej uczelni, nie rozstaje się z kształceniem młodzieży akademickiej oraz z aktywną pracą naukowo-badawczą. Z dniem 1 października 2010 roku powołany został  na stanowisko profesora zwyczajnego Wyższej Szkoły „HUMANITAS” w Sosnowcu. (ai)

Zebranie w bibliotece w Będzinie SAP przy śpiewie Bożeny Związek dnia 17.09.2010 roku uwiecznione na zdjęciu Andrzeja Grzybka z Grodźca, a zamieszczone w „Wiadomościach Zagłębia” za zgodą rzecznika prasowego WS HUMANITAS  Dr. Michała Kaczmarczyka.

Pierwsze Zagłębiowskie Pieczonki ZKG w Ogrodzieńcu



Pogody ducha dla członków SAP

piosenka : Pogoda ducha



Uwaga składkowicze

Witam drogie Koleżanki i Kolegów po piórze po wakacyjnej przerwie.Mam do rozdania hasła dostępu do naszej strony SAP o Będzin dla tych , którzy zapłacili składkę 20 złotową. Proszę o kontakt telefoniczny lub osobisty. Najlepiej  można się ze mną spotkać w pierwszy czwartek miesiąca  w Sosnowcu w WS HUMANITAS  o godzinie 17-tej na spotkaniu genealogów w sali 203 na II pietrze. www.lazar.of.pl



Będzin – Łagisza

DONIOSŁA UROCZYSTOŚĆ
W MIEJSKIM ZESPOLE SZKÓŁ NR 4 W BĘDZINIE-ŁAGISZY
Z wielką radością przyjąłem zaproszenie Prezydenta Miasta Będzina Radosława Barana oraz Dyrektora MZS nr 4 imienia Noblistów Polskich Haliny Rybak-Gredki do wzięcia udziału w miejskiej inauguracji roku szkolnego 2010/2011, jaka ma się odbyć w murach drogiej mojemu sercu szkoły, którą w roku 1947 kończyłem. Tegoroczna inauguracja odbywa się w szczególnym klimacie. To właśnie teraz nasz kraj, POLSKA ŻYJE W BLASKU WIELKICH NARODOWYCH ROCZNIC.
My, Polacy, wielekroć nękani przez zawirowania dziejowe, niosące nam ból, krew, niewolę, dzisiaj, w 2010 roku możemy wreszcie cieszyć się postępującym procesem demokratyzacji. Proces to trudny, skomplikowany, powolny, ale – nadzieja jest nasza. Powoli, ale skutecznie wychodzimy od narodowej megalomanii, kabotynizmu i obskurantyzmu – dotkliwych schorzeń części naszego narodu i godnie sięgamy do chwalebnych dat. Z dumą i godnością obchodzimy: Rok Słowackiego, Rok Chopinowski, Rok Kazimierza Wielkiego, Sześćsetlecie glorii Grunwaldu, Stulecie Pomnika Grunwaldzkiego i „Roty”, Dziewięćdziesięciolecie Bitwy Warszawskiej, zwanej cudem nad Wisłą, Setną rocznicę powstania ZHP, 150-lecie urodzin Jana Kasprowicza, wreszcie Stulecie śmierci Orzeszkowej i Zygmunta Glogera. Serdecznym bólem zaprawiona jest siedemdziesiąta rocznica męczeństwa naszych rodaków w Katyniu.
Wierzę, że te doniosłe sprawy znajdą się w programach nauczania i wychowania szkół naszego regionu i całej Polski. Władzom oświatowym, dyrekcjom szkół, nauczycielom oraz ukochanej młodzieży z całego serca życzę radości płynącej z poznawania urody świata.
WŁODZIMIERZ WÓJCIK
PROFESOR HONOROWY UNIWERSYTETU ŚLĄSKIEGO



Zebranie ZKG w Humanitas

Przypominam i zapraszam do WS Humanitas do Sosnowca na ulice Kilińskiego 43 w czwartek 7 pażdziernika br. na godzinę 17-tą sala 302 na III pietrze celem zapoznania się ze szczegółami I Zagłębiowskich Pieczonek  ZKG w Ogrodzieńcu na Podzamczu,  a także po odbiór haseł do samodzielnego redagowania strony SAP oddział w Będzinie. Pozdrawiam serdecznie Andrzej Lazar. Następne spotkanie 4 listopada 2010.



?>